Przejdź do głównej zawartości

Moje wiejskie miejskie życie.

Fot: Maria Wawrzykowska


Zabawne jest to, że jak jadę samochodem albo jestem gdzieś na spacerze czy w sklepie, to wówczas nasuwają mi się różne myśli i bardzo chcę wtedy napisać Wam kilka słów. Lecz później, gdy siadam do komputera, to jedyne co mam w głowię to … pustkę :) Też tak macie? 

Wiem, że dawno mnie tu nie było, bo u mnie teraz dużo zmian. Oczywiście - nie jakichś spektakularnych. Nie zostałam matką bliźniaków, nie wyjechałam na drugi koniec świata, nie zdobyłam szczytu Mount Everest czy coś w tym stylu. Zmiany nastąpiły we mnie i to są zmiany ogromne i do tego piękne (przynajmniej dla mnie). Stałam się jeszcze bardziej szczęśliwą i spełnioną kobietą. Może to wszystko za sprawą miejsca w którym ostatnio przebywam, a może właśnie bez powodu. Przecież szczęście jest albo go nie ma, ale najpiękniejsze to być szczęśliwym tak zwyczajnie, bez okoliczności, bez zewnętrznych bodźców. Po prostu - znajdując szczęście w nas samych. 

15 minut tylko dla siebie

Najbardziej lubię moment kiedy budzę się rano, zabieram kubek pachnącej kawy lub swój ulubiony termos z ciepłą wodą z imbirem i dzierżąc w dłoniach poranny napój przemierzam leśną ścieżkę, aby usiąść na pomoście, zamknąć oczy, wsłuchać się w dźwięki natury, poczuć pierwsze promienie słońca i odbyć wędrówkę w głąb siebie. To jest najpiękniejszy moment, kiedy odkrywasz w sobie moce niestworzone. 

Kiedyś bliski znajomy zapytał: „ty naprawdę tak masz codziennie te piętnaście minut dla siebie?”. Odpowiedziałam, że oczywiście, że tak. Maciej Wielobób, mój nauczyciel i autorytet od spraw życiowych (który pewnie by się roześmiał, gdyby to przeczytał) zawsze powtarza, że wystarczy piętnaście minut medytacji dziennie. I ma rację, bo ja to czuję na sobie i w sobie. 

Jak medytuję?

Pytacie mnie jak medytuję. Czy są specjalnie techniki medytacji? Czy siadam, zamykam oczy i coś wykonuję? Też kiedyś zastanawiałam się jak to wygląda, jak zacząć, co robić, by medytować. I teraz wiem, że są różne techniki. Z Maciejem praktykowaliśmy wizualizację i pranajamę, a np. jak byłam w ośrodku buddyjskim, czy w szkole jogi, to była medytacja z mantrą. Są różne techniki i … każda jest dobra. Ja stosuję praktykę trochę inspirowaną innymi, ale łączę ją intuicyjnie z własnymi technikami. Często też wykorzystuję różne intencje podczas medytacji lub przeróżne własne wizualizacje. 

O życiu na dwa domy

Trochę odbiegłam od tematu głównego, zatem wracając do moich zmian. Czas w którym jestem teraz, to najpiękniejszy moment w moim życiu. Wszystkie przeżycia i moje doświadczenia jeszcze bardziej mnie zbudowały i sprawiły, że stałam się świadomą i w pełni wartościową kobietą. Jeśli moje życie odpowiada mi i mam pełną zgodę na to, co się w nim dzieje - to reszta jest tylko pięknym dopełnieniem. 

Ostatnio żyję  „dwudomowo”, mogę nawet żyć „trójdomowo”, byleby być szczęśliwą. Ktoś może pomyśleć: „z czego ona się tak cieszy - jezioro jest wszędzie, las też, znajomi także”. Po pierwsze - to nie jest zwykłe jezioro, las i to nie są zwykli znajomi. Jeśli ma się świadomość, że tu, w tym miejscu został kawałek własnego serca - to wtedy już nic nie jest zwyczajne. 

Zalety życia na wsi i w mieście

I tak żyjąc na dwa domy, ten miejski i ten pośród przyrody, postanowiłam pokazać 5 moich zalet życia „dwudomowego”. Nie potraktujcie tego tak poważnie, co teraz napiszę. Bardziej niech stanie się to inspiracją do zmiany postrzegania tego, co mamy w życiu. Poniższe przykłady są moje własne, a pewnie każdy z Was znajdzie inne :) Zapraszam zatem na moje przemyślenia odnośnie tego, za co kocham mieszkanie na wsi, a mieszkanie w mieście:

1. Zawsze możesz obudzić się wśród pięknie śpiewających ptaków pośród zieleni lub wstać pośród smogu, ale - uwaga -  można zjeść śniadanie w przepysznej, ulubionej kawiarni. To Twój wybór! Fajnie, że w ogóle możesz wybierać. Pamiętaj, że to TY jestem Panem swojego życia! 

2. Można zakończyć dzień na pomoście z ulubioną maseczką na twarzy, pięknym zachodem słońca przed oczami i z koncertem przeuroczych żab lub na koncercie w filharmonii czy w ulubionym muzycznym klubie w swoim mieście :D 

3. Można otrzymać naleśniki od cudownej sąsiadki i zjeść je na trawie przysłuchując się pszczołom lub odwiedzić w centrum miasta ulubioną restaurację z najlepszym na świecie padthaiem :D 

4. Można codziennie spotykać uśmiechniętych, otwartych ludzi, którzy przyjdą, porozmawiają, opowiedzą historię swojego życia. Można spotkać uśmiechniętego seniora na ławce przed pomostem. Można zostać obdarowanym eksplozją uczuć od napotkanych radosnych dzieci albo poznawać nowych ludzi pełnych podobnych pasji - za to kocham właśnie miasto!

5. Ostatni i najważniejszy dla mnie przykład - można podziwiać piękno natury, która daje nam całe swoje bogactwo. I właśnie tutaj chyba nie jestem w stanie tego z niczym innym porównać, co daje nam miasto. Oczywiście, w mieście jest dużo ciekawych miejsc wartych zobaczenia, są zabytki, miejska architektura, miejsca pełne energii i cudownych ludzi, ale jednak przyroda ma w sobie coś, co uszlachetnia, co daje spokój a przede wszystkim - co ukoi i uzdrawia. 

Życie jest pełne cudów! Przyjmujcie każdy dzień z wdzięcznością, a zobaczycie jak bardzo życie Wam za to będzie wdzięczne. 

Jestem ciekawa - czy wolicie życie w mieście czy na wsi? A może tak jak ja - w obu miejscach, bo wtedy dopiero czuję, że w pełni wykorzystuję to życie. Piszcie w komentarzach co o tym sądzicie.

Pozdrawiam,

Magda 

Komentarze

  1. Wszystko ma plusy i minusy. Mieszkanie w centrum miasta - to kafejki, kina, teatry i atrakcje na wyciągnięcie ręki. Mieszkanie na wsi to poranny świergot ptaków jako budzik, cisza, spokój i bezpieczeństwo pozwalające zostawić samochód a nawet i dom otwarty. Minus miasta jak dla mnie to hałas, brud, brak bezpieczeństwa. Minus wsi - wszędzie daleko, bez samochodu to więzienie. Ale to moje doświadczenia, z mojego życia i mojej wiochy.

    Medytować nie umiem. A chciałabym. Ostatnio nawet zainstalowałam sobie specjalną aplikację w telefonie. Po minucie ją odinstalowałam, bo głosy czytających i dźwięki imitujące pseudo-naturę miast mnie uspokoić doprowadziły mnie do szału. Moja medytacja to spacer po lesie, dźwięki natury - śpiew prawdziwych ptaków, szum prawdziwych drzew, zapach prawdziwej trawy. Oddech i nie myślenie tylko bycie tu i teraz. Czy to "prawdziwa" medytacja? Nie wiem, ale czy to tak na prawdę ważne?

    OdpowiedzUsuń
  2. Bo jeśli jesteśmy szczęśliwi to wszędzie nam będzie dobrze:) Tak Gosiu medytacja to umiejetność skupienia uwagi na danym szczególe odwrócenie myśli im dłużej to trwa tym lepiej. Medytacja daje nam spokoj usuwa gniew albo pomaga w jego przetrwaniu.
    Dla mnie wschód słońca i ta poranna energia jest naj❤️ Pozdrawiam Cię Gosiu. Fajnie, że wpadłaś tutaj.

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza

Dziękuję za wszystkie komentarze

Popularne posty z tego bloga

Uzdrawiająca herbata imbirowa - idealna receptura!

Pierwszy raz o imbirze przeczytałam jakieś trzynaście lat w ajurwedyjskiej książce kucharskiej, w zasadzie o herbacie imbirowej, bo o samym imbirze dowiedziałam się z książki "Joga ziół". Odrazu go polubiłam. Dobrze, że pod nosem miałam wtedy Piotra i Pawła w którym zawsze imbir był na półkach. Zdaję sobie sprawę, że w tamtym okresie nie zawsze można było go dostać, nie każdy miał też  o nim pojęcie. To, że jest on dostępny niemal w każdym dziś sklepie to już nikogo nie dziwi ale to, że jest skuteczny to nie każdy pewnie o tym wie, a jest. 
Zanim przejdę do mojej  receptury przyjrzymy się bliżej imbirowi.  Dla niektórych pewnie będzie to tylko przypomnienie a dla niektórych mam nadzieję inspiracja. 
Imbir


W ajurwedzie imbir jest prawdopodobnie  najlepszy i najbardziej sattwiczny (sattwa to słowo pochodzące z sanskrytu, oznaczające harmonię i równowagę; oznacza rownież czystość i dobroć ) ze wszystkich przypraw. Jest nazywany wiśwabheasaj, czyli uniwersalnym lekiem. Kiedyś pr…

black trencz

Nie - zwykła pokrzywa i jej lecznicza moc.

Epidemia koronowirusa doprowadziła do tego, że w ciągu jednego dnia straciłam pracę i tym samym   wylądowałam na wsi. Jedyny plus tej całej sytuacji. Dzięki temu, że mam teraz  więcej czasu i  codzienne uprawiam  spacery zaczęłam znów zaprzyjaźniać się z lasem, znów zaczęłam być bliżej natury. Wszystko zaczęło się od porannego treningu z nordic walking kiedy podczas medytacji nad jeziorem natrafiłam na piękny żółty chwast, który później okazał się podbiałem. W południe piłam już z niego pyszny napar a następnego dnia poszłam na wyprawę w poszukiwaniu pokrzywy. Pamiętam jak kilka lat temu na wielkiej łące w środku lasu nazbierałyśmy z teściową  pełne koszyki, ale jakoś wtedy nie czułam jej aż tak energetycznie jak teraz. Musiałam przejść jakiś proces:) Nazbierałam jej pełen koszyk, zrobiłam z niej nalewkę, której efekty będą za miesiąc, sok, syrop, koktajle i susz.  Jak macie możliwości to biegnijcie i zbierajcie, bo teraz jest najlepsza. 
KILKA SŁÓW O POKRZYWIE
Pokrzywa to roślina lubią…