Jarskie kotlety ziemniaczane

Mam w domu mięsożercę, dlatego staram się tak przygotowywać posiłki, żeby pasowało nam obu. Mięsożerca jest diabetykiem od  dziecka i dodatkowo nie lubi kuminu i kurkumy, więc wszelkie indyjskie przepisy odpadają. Znalazłam ostatnio w moich  książkach kulinarnych starą książkę z przepisami jarskimi z lat siedemdziesiątych, a w niej przepis na  kotlety ziemniaczane, przerobiłam je pod siebie i wyszły pyszne. 



Składniki:

Pół kilo ziemniaków
pół papryki ( w książce była cebula)
gałka muszkatołowa lub imbir. 
dwa jajka ugotowane na twardo,
olej do smażenia,
pół naci pietruszki
3 ząbki czosnku,
dwie łyżki mąki,
bułka tarta to obtaczania. 


Przepis jest bardzo prosty. Ziemniaki gotujemy, paprykę smażymy na oleju razem z czosnkiem. Kiedy ziemniaki się ugotują wszystko razem mieszamy i wyrabiamy kotlety. Smażymy. 

W przepisie polecano polać sosem pomidorowym lub pieczarkowym. 

Smacznego!


Rzucam mięso, czyli moja historia o wegetarianizmie.

Trudno jest być wegetarianką, gdy ktoś z miłości podkłada ci pod nos kawałek szynki. Trudno być wegetarianką, kiedy osoba zamieszkująca Twój dom uwielbia schabowego. Trudno być wegetarianką w społeczeństwie, w którym prawdopodobnie większość stanowią mięsożercy. 

Ostatnio na spotkaniu z recyklingu poruszyłyśmy z dziewczynami temat wegetarianizmu. Zapytałam ich jak długo nie jedzą mięsa, od kiedy i dlaczego. Bardzo mnie ten temat ciekawi. Ja jestem wege stosunkowo krótko, w porównaniu do innych, znanych mi wegetarian. Jakie były moje początki?

Moja historia z wegetarianizmem zaczęła się od wsłuchania się we własne ciało. Wtedy odkryłam coś, co zaważyło na tym, że mięsa w mojej diecie już nie ma. Zauważyłam, że mój organizm nie toleruje mięsa. Nie wspomnę też o samych walorach estetycznych związanych ogólnie ze wszystkim, co mięsa dotyczy. Kiedyś ktoś mi powiedział, że tak mówię, bo nie jadłam dobrze przygotowanej wołowiny. A mnie już sama nazwa wołowina przyprawia o dreszcze, a co dopiero, gdybym miała ją zjeść. O nie, to nie dla mnie! Wiem, że ktoś może powiedzieć, że przesadzam, że wymyślam i że gdybym zaznała biedy, to bym wszystko zjadła. Zapewniam, że wiem, co to bieda, a wegetarianizm, jak się tak zastanowię, to może i nawet jest dla mnie bardziej ekonomiczny, niż dieta mięsożerców. 




Ale to nie jest tak, że pewnego dnia wstałam i stwierdziłam: od dziś nie jem mięsa i od tamtej pory trzymam się tego postanowienia. U mnie bywało różnie - raz byłam, raz nie byłam wege. To były etapy, bo w życiu przecież nic nie jest jest tylko czarne i białe. Nawet, jeśli wydaje Ci się, że już jesteś przekonana do swoich poglądów, to pojawia się coś w Twoim życiu, co zmienia perspektywę myślenia, np. rodzisz dziecko, i co? No właśnie - i tu pojawia się pytanie: dawać dziecku mięso, czy szykować dania wegetariańskie? W swoich wywiadach Maja Ostaszewska często podkreśla, że nigdy nie miała w ustach mięsa. Moja serdeczna znajoma również nie karmi nim od małego swojej córki. Wydaje mi się, a wręcz jestem tego pewna, że aby się stać prawdziwym wegetarianinem, trzeba mieć mocne fundamenty, aby się nim stać. Czyli przede wszystkim - być świadomym tego, co się robi i po co się to robi. Ja póki, co działam spontanicznie, ale jestem w tym momencie mojego życia w takim miejscu, że chciałabym ten wegetarianizm poukładać i zrobić jakiś sensowny plan żywieniowy. Póki co - nie mam kompletnie pomysłu, jak tego dokonać. Ostatnio nawet napisałam do jakiegoś dietetyka holistycznego na fb, ale to działanie okazało się totalną klapą. Kupowanie gotowca - to nie dla mnie. 

Jak już wspominałam - miałam różne etapy z niejedzeniem mięsa, wzloty i upadki, i znów powroty, i tak w kółko, aż w końcu jestem w miejscu, gdzie organizm odrzucił je całkowicie, nawet jajka mi już nie smakują. Najbardziej mój organizm trawi ciepłe posiłki w formie warzyw. I liczę, że już niebawem w mojej kuchni zagoszczą nowe, w pełni zbilansowane wegetariańskie posiłki. Dopasowane do mnie, a nie gotowce. 


Co do światopoglądowego wegetarianizmu, to jak najbardziej - skłaniam się ku dobru zwierząt. Nie jem zwierząt, bo je kocham. Przeczytałam ostatnio historię osoby prowadzącej  blog Hodowla Słów, w której bohaterka opowiada o wakacjach na wsi, że widzi kwiczącą świnię, itd. Ja też to pamiętam. Miałam może sześć lat, a obrazy są tak wyraźne, jak wtedy. Podwórko, latające kury bez głów, płacząca w niebogłosy świnia. A potem? Mieszanie kaszy z krwią i na siłę wmuszanie, bym tego spróbowała. Następnie wspólna celebracja i zachwyt nad tym, czego się dokonało. Takie były czasy na wsiach, gdzie rzeźnik był królem. Nie byłam świadoma, więc uczestniczyłam w tym i jadłam te wszystkie wyroby. Mam te obrazy mocno wyryte w mej pamięci, ale czy to przez nie jestem tu i teraz? Czy to one ukształtowały moje przekonania? O tym - nie mam pojęcia. 

Tak dla porównania - osoba, która kiedyś walczyła w obronie zwierząt łańcuchowych, dziś matka trójki dzieci, sama przyznaje, że przeraża ją fakt, że zwierzę samo biega, bo jest niebezpieczeństwem dla jej dzieci. Zmiana perspektywy…Do przemyślenia…Nie można oceniać, tylko robić swoje. Dziś jesteś królem, a jutro bawołem. 





Drugie życie rzeczy

Zastanawialiście się, co możecie zrobić z rzeczami, które nie są Wam już potrzebne? Mnie ostatnio ten temat fascynuje i szukając odpowiedzi na to pytanie znalazłam wiele sposobów, by właśnie rzeczom dać drugie życie, a przy tym w swoje wprowadzić trochę … życia. Zapraszam na wpis o tym, w jaki sposób powoli staję się społecznikiem (chociaż, jakby dłużej się zastanowić nad tym zagadnieniem, to już od dawna nim jestem). W każdym razie - zapraszam do poczytania kilku słów o recyklingu i o ludziach. 

Myśląc o tym, by dać rzeczom drugie życie, nie chodzi mi tu o ciuchy i akcję wymiany ubrań, bo jest to już znane każdemu od lat. Mówiąc o rzeczach mam na myśli takie typu stara pościel, nieużywane ręczniki, prześcieradła, zasłony, firany. Dostałam w spadku wielki, czarny worek pełen takich szmatek, które nagromadziła przez lata Ciocia Genia. To on mnie zainspirował do tego, by coś z tym zrobić. Kiedyś pewnie oddałabym to wszystko do kontenera, chociaż z tymi kontenerami to też ludzie dziwne rzeczy mówią - jedni, że to wszystko idzie w prywatne ręce, inni, że do ciucholandów. Jaka jest prawda? Tego nie wiem, ale jeśli macie wyrzucić jakąś rzecz do śmieci, to moim zdaniem, lepiej właśnie tam oddać. Większe prawdopodobieństwo, że ktoś to wykorzysta. 
Na spotkaniu, które prowadziła Katarzyna Wągrowska o stylu życia zero waste (co oznacza ograniczam się), dowiedziałam się, że lokalnie stawiane są specjalne szafy, gdzie można zostawić rzecz i wymienić ją na nową. W Poznaniu powstały takie o nazwie GiveBox. Nie do końca jestem przekonana do tego angielskiego nazewnictwa, bo nie wiem czy wiecie, ale zmieniam politykę i zaczynam wspierać nasz rodzimy język, a co za tym idzie - też i #polskiehasztagi. Wracając jednak do szaf - dziś pół dnia dowiadywałam się szczegółów tej akcji. Niestety, kontakt z organizacją był mocno ograniczony, ale na szczęście udało się i w końcu poznałam szczegóły. Byłam także sprawdzić, jak te szafy funkcjonują, jak wyglądają, a nawet - czy taka akcja ma sens. Zapytałam jednego z przechodniów, co sądzi o tym pomyśle i był nim zachwycony. Wcale mu się nie dziwię. Są przecież osoby, którym nawet za drogo jest w lumpeksach, więc opcja darmowego ciucha lub rzeczy jest ideą godną poparcia. 


Wracając do mojego magicznego czarnego worka, który dostałam w spadku. Miałam też taki pomysł, żeby coś z tych szmatek uszyć. Stworzenie nowej rzeczy ze starej nazywa się recyklingiem i jak się okazuje - to nowe słowo oznacza coś, co w naszej kulturze znane jest od lat. Na jednym z portali przeczytałam komentarze ludzi, którzy śmiali się z Amerykanów, że oni od niedawna zachwycają się takim tworem, a w Polsce, w czasach PRLu, wszystkie kobiety dziergały rzeczy ze starych szmat czy nawet rajstop. U mnie w domu tego nie było, natomiast od lat rodzinnie wspieramy sh. Chcąc zatem samej przekonać się o tym, jak to jest recyklingować rzeczy, ruszyłam do akcji. Szukając inspiracji, w necie, znalazłam śliczny, mały dywanik, który ktoś zrobił ze starych rzeczy. Oczywiście, że mogłabym ten dywanik zrobić sama w domu, jak zasugerowała jedna z osób w grupie dotyczącym życia wedle zasady zero waste. Wszystko można, jak się chce. A ja nie chciałam robić tego samodzielnie. Pomyślałam, że takie tworzenie i wspólne spotkanie może być fajną formą spędzenia wolnego czasu. Może to też dodatkowo sprzyjać tworzeniu nowych, ciekawych relacji przeniesionych ze świata wirtualnego w ten rzeczywisty. I nie tylko pomyślałam, ale plan wcieliłam w życie. Zaproponowałam zorganizowanie takiego spotkania z tworzeniem nowych dywanów ze starych rzeczy i … udało się - takie spotkanie odbędzie się 11.01 w Poznaniu, w zaprzyjaźnionej szkole jogi Surya, prowadzonej przez właścicielkę Magdalenę Nowicką, która zresztą podłączyła się do pomysłu i zaproponowała pomieszczenie oraz termin. Jednym słowem - wspólna inicjatywa dla wspólnego dobra za darmo i kreatywnie. Mogę śmiało powiedzieć, że jestem inicjatorką tego wydarzenia i bardzo się cieszę z tego powodu i wszystkich chętnych zapraszam na to wydarzenie. Poniżej wklejam link i bardzo serdecznie Was zapraszam do udziału w tym wydarzeniu: 
Napiszcie jak u Was z takimi akcjami? Co robicie ze starymi, niepotrzebnymi rzeczami? Jakie macie pomysły na nie? A może już coś tworzycie? Pochwalcie się w komentarzu.

PS
Zapytacie - co takie działania tego typu mają wspólnego z moim holistycznym życiem? Bardzo wiele - sprawdzam, doświadczam, odczuwam, ćwiczę uważność, otwieram serce, poznaję ludzi, dzieję się, jednym słowem - jestem szczęśliwa :)
A to ja, Magda #społecznik